Parasol Sevillii

Uwielbiam wąskie uliczki, stare budynki, gwar miasta, każde ma swój niepowtarzalny urok, swój zapach, swoje tajemnice, swoje szkaradztwa i swoje perełki, swój brud i piękno  – wszystko to tworzy unikalny klimat. Spacery pośród sewilskich uliczek mogę określić jako bardzo przyjemne. Chodzi się w cieniu domów i wielkich baldachimów, pomimo upału nie czuje się palącego słońca. Jedna z takich uliczek prowadzi na Plaza de la Encarnacíon, gdzie wielka rodzina grzybów opanowała całą przestrzeń,  wyrasta ponad okalające je kamienice a nawet wieżę pobliskiego kościoła i splata się z chodnikami, spaja z roślinnością.

Genialne, współczesne rozwiązanie architektoniczne. Stary plac zmienił się w nowy i zyskał dodatkowe funkcje. Nie dość że przyjemnie się ogląda wielkiego stalowego grzyba, przez miejscowych nazywanego Las Setas de la Encarnación, to jeszcze idealnie wpisuje się, wręcz wrasta, w tkankę miasta, przesiąkniętą grzybnią rodem z początków średniowiecza. Moim zdaniem urbanistyczny i estetyczny majstersztych, zresztą doceniony przez środowisko architektów (o czym później przeczytałam: http://www.e-architect.co.uk/spain/seville-plaza )

Budowla ma cztery poziomy. Poziom 1. to podziemie, gdzie możemy zwiedzić ruiny  z okresu zabudowy rzymskiej i z za panowania Mauró. Po obejrzeniu tego co „pod ziemią” przechodzimy  do wind, które za niewielką opłatą zawiozą nas na poziom 4, czyli  „kapelusz wielkiego grzyba” skąd podziwiać można panoramę całego miasta, a wiatr przyjemnie nas owieje nawet w bardzo ciepłe sierpniowe  południe. Jedyna wada, że wszystkie opisy panoram są w języku hiszpańskim.  A to jeszcze nie wszystko co czeka nas na szczycie, możemy też przysiąść w znajdującej się tutaj restauracji i dostać dowolnego zimnego drinka w zamian za okazanie biletu. Oczywiście restauracja serwuje również wszechobecne w Hiszpanii tapas. Miejsce zarówno dla lokalsów jak i turystów.

Na grzybowym kapeluszu Na grzybowym kapeluszu

Poziom drugi to w głównej mierze sklepy – Central Market, ale też i targ, na którym znajdziemy świeże owoce morza, warzywa, przeróżne świeże mięsa i wędliny. Dla smakoszy będą także sery i lokalne produkty np. miody.  Poziom trzeci, na który dotrzemy pokonując ok. 30 schodów stanowi ocieniony koroną „grzyba” plac, na którym lokalni deskorolkarze prezentują swój kunszt jeździecki, a młodsze dzieciaki bez zapamiętania zbroją  na placyku zabaw, a rodzice przysiądą  na kawie w cafejce obok.

Prawda, że genialne! Mało jest, przynajmniej na naszym polskim padole, takich naprawdę efektowych dla oka i użytecznych rozwiązań. Tak naprawdę naszą narodową specjalizacją są pomniki, Stawiamy je wszystkim i wszędzie, tylko niech mi ktoś wskaże pomnik z takim spektrum argumentów funkcji użyteczności publicznej 😉 , dodam legalną i zaplanowaną 😉