Skąpani we mgle śnieżno-błotnej przygody

Dziwna rzecz z tymi rzekami i drogami – rozmyślał Ryjek. – Widzi się je, jak pędzą w nieznane, i nagle nabiera się strasznej ochoty, żeby samemu też się znaleźć gdzie indziej, żeby pobiec za nimi i zobaczyć, gdzie się kończą…

Hej! – powiedział Ryjek. Odkryłem ciekawą ścieżkę. Wygląda niebezpiecznie. Jak niebezpiecznie? – spytał Muminek. Powiedziałbym, że niezwykle niebezpiecznie – odparł poważnie mały zwierzaczek Ryjek. W takim razie musimy wziąć ze sobą kanapki i sok – postanowił Muminek.

Kanapki zastąpiliśmy kabanosami, sok ciepłą herbatą w termosie, a naszym Ryjkiem na czas odkrywania nowej niebezpiecznej ścieżki, już po raz kolejny, stała się ekipa Podróży4x4. Strasznie fajnie jest się witać po dłuższym czasie z poczuciem jakby się wyszło wczoraj – mróz za oknem a przy stole ogień.

Świt obudził wszystkich blaskiem słońca i lekko wietrzną pogodą. Śnieg, tej bezśnieżnej zimy 2015, zalegał wkoło skrząc się w promieniach słońca.  Zapowiadał się piękny dzień pełen nowych wyzwań…… i zaczęło się.

Zamiana A/T na M/T okazała się trafną inwestycją. Tańcowaliśmy Landryną na śniegu jak się patrzy, ślizgi, ześlizgi, skoki i podskoki, za to zabawy z kopaniem zdecydowanie mniej. Mogliśmy tym razem wykazać się w pomocy.

Dzieciakom najbardziej przypadł do gustu śnieg, zwłaszcza, że w centralnej Polsce było go na lekarstwo. Każde zakopanie się kawalkady aut było zbawieniem. Trudniejszy odcinek, oznaczał dłuższy postój i okazję do wypakowania się z auta i pobawienia w śniegu. Kule śnieżne nie zmieniają się z wiekiem, zarówno mali jak i duzi bawią się nimi tak samo i z taką samą radością na twarzy czy zapałem 😉 serwują sobie białe pociski.

Dzieci są też niezastąpionymi obserwatorami. Ich prostolinijność, szczerość jest bezcenna, zresztą posłuchajcie sami dziecięcej loży szyderców.

A gdy problem się kończył wszyscy biegiem wracali do samochodów opuszczając stanowiska paparazzich i komentatorów.

Już kiedyś pisałam, że wspólne spędzanie czasu po pełnym wrażeń dniu jest immanentnym elementem offroadu. Braterstwo walki w terenie przenosi się w zacisze sali kominkowej lub klubowej, niemalże samoistnie. Kinetyki i wyciągarki spinają samochody, a wspólna przygoda zacieśnia więzi i niweluje różnice. Działa też dość uzależniająco….., ale o tym pisałam kilka postów wcześniej. Tym razem  atmosfera była na tyle wciągająca, że Teodor szalał na parkiecie do późnych godzin nocnych i za nic w świecie nie można było go zagonić do łóżka. Trzymając fason rano nawet się nie zająknął, budzony późnym (jak na niego) świtem.  W sumie się nie dziwię, bo ja też poszalałam na parkiecie. Świat wokół zlał się z muzyką i liczył się tylko rytm. Trans wyprawy zamienił się w trans tańca dla samego tańca.

Serwując na koniec truizm, napiszę, że nic w życiu nie jest tak pewne jak koniec, ale ja tam byłam, na śniegu tańczyłam, wino piłam i świetnie się bawiłam.

Jeżeli chcecie lepiej poznać klimat wyjazdu tzw. big pictures zapraszam do galerii.