W oczekiwaniu…..

Chyba najbardziej interesującym stanem jest oczekiwanie. Tygiel emocji budzących się we mnie jest jak tornado. Wywiewa smutek, nostalgię, oczyszcza ze złości, przygotowuje miejsce na ogromny worek nowych emocji, które wkrótce będą się kumulować w postępie geometrycznym.  Myśli w głowie też robią się od razu jakieś jaśniejsze, więcej wiary w przyszłość i mniej obaw. Cudowny stan przed upojeniem adrenaliną.

Bałkańska wyprawa, jaką zaplanowaliśmy sobie tego lata, zbliżała się wielkimi krokami.  Czas przygotowań się intensyfikował.

Zaczęliśmy od auta. Landrynka jest piękna, wypucowana, naprawiona po licznych ostatnimi czasy wystrzałowych awariach. Zawsze będzie w naszej pamięci tą pierwszą, ale….. niestety jej czas wypraw chyli się już ku końcowi. Szczerze pisząc minął. Awansowała na samochód do zadań specjalnych w ukraińskich błotach. Cóż takie życie na emeryturze. My zaś musieliśmy pomyśleć o czymś bardziej przystosowanym dla czteroosobowej rodziny. Mechanizm losujący w systemie maszyn połączonych, czyli naszych przyjaciół podpowiadaczy, zatrzymał się na granatowym cywilu rocznik 2004.

I tak staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami Patrola GR Y61. Podatek od wzbogacenia zapłaciliśmy na rzecz podrasowania go, tak aby przystosować na okoliczność długich wypraw z noclegami w Milion Stars Hotel, serwowania wykwintnych dań świata przygotowywanych w kuchniach dawno sklasyfikowanych, przez przewodnik zwany życiem, na więcej niż trzy gwiazdki Michelina i SPA z komarami. W ciągu niespełna 1,5 miesiąca, doposażyliśmy go i pokonał 4000 km. Miejmy nadzieję, że wszelkie możliwie do wykrycia usterki dały się namierzyć. Oby tak, bo powtórka z powrotu z Korsyki nikomu z nas się nie uśmiechała.

Co dołożyliśmy:

  • ·         Lift nadwozia
  • ·         Opony AT
  • ·         Osłony podwozia
  • ·         Snorkel
  • ·         Wyciągarkę (tak na wszelki wypadek)
  • ·         Zabudowę wnętrza, tak by można było spać po złożeniu siedzeń (da się w 4 osoby 😉 )
  • ·         Zbiornik na wodę w nadkolu z możliwością podłączenia prysznica (ciepła i zimna woda)
  • ·         CB radio i radio z wejściem na USB
  • ·         Drugi akumulator
  • ·         Drobne przeróbki elektroniki z przyłączem pod lodówkę.
  • ·         Osłonę przeciwtermiczną przedniej szyby

[TIP 2] Chociaż rady przyjaciół zazwyczaj trzeba dzielić na czworo, w przypadku aut terenowych opinie i rady weteranów warto głębiej rozważyć, chociaż nie należy wyłączać własnego rozumu i odpowiedzialności za ostateczne decyzje.

[TIP 3] Zawsze na wyprawie zrób rundkę po samochodach, które przyjechały. Niektóre patenty właścicieli warto skopiować, okazują się przydatne na „next time”.

Kolejnym etapem było przygotowanie wyżywienia na najbliższe 3 tygodnie i tu pojawiły się pewne schody. Zazwyczaj, tak w 80% przygotowuję posiłki ze świeżych produktów lub idziemy do res na coś w pełni przygotowanego. Zakup produktów suchych lub robienieweków, hmmmm.  Pierwsze jakoś poszło ale drugie…. Do zadania podeszłam profesjonalnie. Zaczęłam od otworzenia najstarszej książki kucharskiej jaką mam w domu na rozdziale O wekowaniu na dworach. Potrawy były super, ale…. metoda wekowania dość archaiczna „słoje wstawiamy do kociołka i na wolnym ogniu gotujemy przez cztery godziny. Należy uważać na słoje i gumki…. ble ble ble i procedurę powtarzamy po trzykroć.

Chyba książka za stara – pomyślałam – i przeszłam do bardziej współczesnego podpowiadacza – Internetu. Przekopałam portale kulinarne, fora internetowe o wekowaniu, gotowaniu. Wreszcie dodarłam do rad udzielanych przez camperowców lub lubiących podróżować z własnym jedzeniem. A wnioski.

1.       Praktycznie niemożliwym jest znalezienie przepisów na inne potrawy mięsne niż: gołąbki w sosie pomidorowym, sos bolognese, wariacji na temat gulaszu, klopsików i lecza.

2.       Procedury wekowania zlecają trzykrotne pasteryzowanie – co 12 godzin

Z zalecanych potraw przygotowałam dwa słoiki lecza, i klopsiki a procedurę wekowania skróciłam do zagotowania potrawy, włożenia do Twista, mocnego zakręcenia, odwrócenia słoika i…. oczekiwania na wklęśnięcie się wieczka. Moja cierpliwość nie pozwoliła mi na więcej. Jakoś będzie, w końcu jedziemy do krajów aspirujących do UE. Oni jakoś żyją.

Oczywiście nie omieszkałam pod tym kątem przekopać blogów czy forów. Okazało się że JEST DOBRZE. Może nie jest to pachnąca bazylią i pomidorami włoska prowincja czy przepełniona migdałami i oliwkami Andaluzja, ale…. będzie lokalnie.

[TIP3] Jeżeli jedziesz do kraju europejskiego lub USA nie ma sensu zabierać ze sobą dużych ilości jedzenia. Knajpy są owszem drogie w zależności od regionu europejskiego ale produkty podstawowe są dostępne w sklepach, straganach tragach etc. Poznając region poznajesz też smaki.

Po przejściu przez część gospodarską należało jeszcze się spakować. Jakoś poszło – cztery osoby i cztery torby. Jak się okazało nieco za mało ciepłych rzeczy, zwłaszcza dla dzieciaków. A może nie, może odezwała się we mnie nadopiekuńcza mamafia, bo nawet kataru nie złapały przez całe trzy tygodnie.

Ostatecznie pożyczyliśmy jeszcze trumienkę THULE na dach, żeby codziennie nie rolować śpiworów i mieć gdzie upchnąć brudne rzeczy 😉 i inne klamoty. Spakowani, zniecierpliwieni i gotowi na długą dojazdówkę zasiedliśmy na swoich miejscówkach…. Czas przygody się rozpoczął.

Ale o tym w kolejnej odsłonie zapisków.