Carpe diem i jedziem…..

Jedziemy, chyba raczej nie – rozważaliśmy z Piotrem w sobotnie popołudnie.  Ja pociągająca i na dragach, za trzy dni wyjazd na Ukrainę, jeszcze coś popsujemy. Nagle dzwoni telefon . – Jedziecie!? Będzie fajnie, teren jest taki jak trzeba. Nie za suchy nie za mokry, zapraszamy!  – dało się słyszeć znajomy glos w słuchawce.

Godzina 6.30 pobudka. Wyjazd o 7.30. Ekipa zwarta i gotowa zasiadła w aucie. Ja z toną chusteczek higienicznych i workiem aspiryny, Teoś z Zosią wyposażeni w nieoceniony na dojazdówkach sprzęt.

Dojazd okazał się niesłychanie szybki i owocny w wiadomości o kolejnych znajomych dołączających do spontanicznej eskapady. A później było już tylko ciekawiej.  

Warto było zaryzykować, cały dzień był niezwykle intensywny i pełen wrażeń. Były strome jazdy w stylu na dzioba i ślizg w dół, …

… podjazdy z pyty i nie puszczaj….,

… przeprawy przez nieznane brody….,

…. trawersy w przepięknych głębokich wąwozach.

Oczywiście jak przy każdych takich wjazdach były momenty pełne błota i wklejki, gdzie każdy musiał się wyciągać, bo wszyscy się już pozakopywali i każdy stał. A tak niewinnie wyglądało.  Niektórzy zaś postanowili dokonać jeszcze jesiennych zabiegów w spa dla swoich mechanicznych podopiecznych i zafundowali im aromatyczne kąpiele błotne z masażem podwozia przez bagienne liście, coś a’la żuczek gnojarek w akcji, a wanny bagienne czekały na odważnych.

Na koniec zaś odwiedziliśmy właśnie trwający rajd Złomboli w Stanisławówce, niedaleko Kazimierza Dolnego. Interesujące doznanie. Rozmontowane z wielu zbędnych części złomki ścigały się aż ziemia drżała. Różowe, puszyste króliczko-auta, mieszały się z zardzewiałymi szrotami. A wszystko warczało i rwało się do swojego ostatniego pokazu….

Kazimierz Dolny i okolice kojarzył mi się dotychczas z monotonnym nurtem rzeki, zmanierowanymi hipsterami okupującymi letnie ogródki i z artystyczną bohemą lansującą się w drogich, niekiedy kiczowatych galeriach. Krótki wypadzik niedzielny odkrył przede mną cudowne uroki wąwozów lessowych, pokazał mi inne oblicze ziemi kazimierzowskiej. Odkrył przede mną również „ludzi tej ziemi” i przyznam, że są oni o niebo bardziej interesujący niż ci dominujący przestrzeń rynku ze studnią.  Oby takich odkryć codzienności było więcej w naszych podróżach bliskich i dalekich.