Niezwykłe opowieści o wojownikach mocy

Opowiem wam dzisiaj historię o błocie, tańczących liściach i szalonym pędzie, o radości, o walce i braterstwie, o miejscach w śpiączce czasoprzestrzennej, trwających i niezmiennych, o tym co piękne i ważne. Opowiem wam subiektywną wersję wydarzeń niezwykle ważnych dla pewnej społeczności, dziejących się w nieodległej przeszłości na rubieżach południowo-wschodnich, pewnego kraju z kompleksem bycia mesjaszem narodów. Będzie to bajka na dobranoc, na dobranoc starej rzeczywistości i w przededniu zmian, ponoć na lepsze.

Był piękny słoneczny poranek, ciepło sączyło się ze słońca kładącego swe promienie na rdzawo-zielonych połoninach. Psy leniwie wygrzewały się w zagrodach a kury piały z oddali. Powietrze pachniało ciepłym chlebem. Zapowiadał się krystalicznie przejrzysty, późnojesienny dzień, stanowiąc odmianę po ostatnich deszczowych nawałnicach. W chacie, gdzieś na krańcach świata brzęczały naczynia obwieszczając czas porannej strawy. Dwudziestu dwóch żelaznych wojowników szykowało się do nadchodzącej walki. Rykiem i gwarem swych silników, przerwali ciszę i zagrzewali się do czynu, czyniąc przy tym ostatnie przygotowania przed ruszeniem w bój. Walka miała się rozpocząć niebawem i toczyć w słusznej sprawie, w obronie pasji i przygody, radości i rozwagi, wolności i męstwa.  Drużyna niezwykła, złożona z mężczyzn, kobiet, dzieci i zwierząt z różnych stron i różnego pochodzenia ruszała w sukurs sprawie. Drużyna gotowa poświęcić pachnące świeżością czyściusieńkie ubrania, suche buty, wypucowane zderzaki, wymuskane tapicerki na rzecz chwil niezapomnianych wrażeń.

 Trzeba wam też wiedzieć, że przeciwnik był silny a czasy nieprzyjazne. Wszem siało się przekonanie o wszechwładzy, kulcie posłuszeństwa, niewolniczej pracy, permanentnego oczerniania i oszustwa, gdzie pociski typu: populistyczne frazesy, seria: poszanowanie natury i dziedzictwa narodowego, stały się bronią masowego rażenia powszechnie stosowaną i nieco przecenianą.  Dialog, rozmowa, kooperatywa odeszły w zapomnienie będąc pogardzanym orężem słabych, nie wspominając o zaufaniu i braterstwie.  Liczyło się jedynie posiadanie władzy, reszta stanowiła uzasadnieniem jej nieomylności.

Wojownicy podróży i przygody ruszyli z pędem pełnolitrażowych diesli i benzyn. Mknęli przez malownicze drogi, małe bieszczadzkie miasteczka. Siali zdziwienie, ale i nieukrywane zainteresowanie. Ich orężem było rubaszne poczucie humoru, głośny śmiech dzieci, cięty język riposty, niezwykłe umiejętności terenowe i inteligencja.

Ale jak czasami bywa, dzieje toczą się nieprzewidywalnie i pole potencjalnej walki zamieniło się na400 hektarowe pole przygody. Asem w rękawie, zmieniającym przeznaczenie, okazała się innowacyjna broń jak na ówczesne czasy: inteligencja, z pociskiem w postaci własności prywatnej. I dzięki temu, tryskający radością, z rozśmianymi od ucha do ucha paszczami, biegali po wzniesieniach i parowach. Zafajdani w błocie jak w zbroi, z obłędem w oczach i liną w dłoni, dwa dni brnęli w gliniastych, przepełnionych wodą koleinach i stromych, kleistych podjazdach. Świat im wirował, czas płynął inaczej a ci wojownicy szczęścia wciąż zadowalali się jesiennym klimatem Bieszczad. Gór będących od zawsze ostoją ludzi wolnych i niezależnych, twardych i z pasją. Żyjących z dala od gwarnej cywilizacji, w trudzie i niekiedy wykonując prace na granicy życia i śmierci. Dziwne, niezwykłe, ale czuje się tą atmosferę, jakby czas płynął jednocześnie tykając przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Powiew wiatru, niespodziewanie budzi odczucie, przywołuje ducha miejsca i wizualizuje je w myślach. Piece smolarzy dalej wypalały węgiel, a zapach ich przodków unosił się w okolicy.

 Trzeba wam wiedzieć, że niezwykła siła oręża żelaznych wojowników pokonała nawet największych niedowiarków i lokalnych włodarzy. Ich niewidzialna bitwa została wygrana. Zwyciężyli w dwójnasób, bo nie dość, że bawili się wyszukanie i cudownie to jeszcze mogli wkroczyć na teren zakazany i legalnie pokonać drogę umarłych – z Lutowisk do Ochrydu.  Trasę, może nie mocno offroadową, ale bardzo malowniczą, miejscami niezabezpieczoną. Spektrum kolorów, zaklętych w liściach co chwila zmieniało barwy horyzontu. Po trudach pola zabawy doznali rozkoszy dla zmysłów i ducha. Żółć mieszała się z czerwienią i brązem, gdzieniegdzie zakłócaną przez trwającą niezmiennie zieleń świerków. Białe obłoki wędrowały po niebie a na ziemi delikatnie, z właściwą naturze gracją, tańczyły swój ostatni taniec kolorowe, opadłe liście. Drobno podskakiwały w rytmie uderzeń serca koni mechanicznych żelaznych wojowników przygody, pędzących w swoim triumfalnym marszu. Leniwa dolina przełomu Sanu i mknące po starych drogach koła samochodów, dudniące na stalowym moście wzbudzały zachwyt i przerażenie wśród napotkanej gawiedzi. 

 Słuchajcie i zważcie u siebie – krzyczeli. – Tak brzmi szczęśliwy wojownik, który wygrał radość i pokonał smutę. A to jeszcze nie był koniec historii, a właściwie jej początek. Niemniej opowieści już jest koniec. Dobrej nocy wam Wszystkim.

  ***

A dla żądnych konkretów. Bawiliśmy się 3 dni w Bieszczadach, z bazą w Czarnej Górnej;-) Było błoto, wiatr i totalna przeprawa. Największym pechowcem okazał się przodownik drużyny mocy, bo jako jedyny utopił Toyotę od kół po dach w nieco zatęchłym, gliniastym padole. Reszta jakoś dawała radę tylko pogięła zderzaki, zgubiła wyciągarki lub wały i otuliła samochody grubą warstwą ochronnego „lakieru z natury”. Coż, takie są koszty świetnej zabawy, a jak wszyscy wiemy to nie są tanie rzeczy…..

Dodatkowym atutem była pogoda, która dopieszczała nas swoją ciepłą aurą i przepięknymi klimatami jesieni.