Grudniowy offroadowy blogoekspress

Cztery opowieści z czterech wypadów 4×4. Oj działo się, trochę brak czasu na pisanie, ale najpierw Andrzejki w Komańczy, później Wiejski Offroad w głębokich Bieszczadach a ostatnio Wigilia u Harnasia w Żywieckim i Sylwester 4×4 w Niskim. Koniec listopada i grudzień były intensywne w wyjazdy, podobnie zresztą do całego 2015-ego.

Zima w kalendarzu, a jedynie na listopadowym wyjeździe było trochę biało i magicznie. Im później w grudniu tym mniej grudy a więcej słońca i krowy pasące się na halach, za to błota pod dostatkiem. Świat do góry nogami, dobrze że w Sylwestra przymroziło do -20 stopni.

Opowieść 1. Andrzejkowe śnieżne wertepy

Właściwie mieliśmy już zostać i nie jechać, ale zapowiadano opady a Zosia i Teodor nie mogli doczekać się śniegu. Spontanicznie, jak zazwyczaj, podjęliśmy decyzję i wylądowaliśmy w Bieszczadach. Śnieg, prawie na zawołanie, pokrył białą czapą okolicę. Drzewa omszałe bielą iskrzyły się w promieniach dziennych i nocnych. Oczarowani pierwszymi oznakami lekkości zimy wyruszyliśmy naszym Trolkiem (Patrol Y61) na zmarznięte i osnute pierzynką szlaki.  Cudownie ukształtowane czapą śniegową, leśne ostępy prezentowały się dostojnie, fundując nam śnieżne fontanny z konarów, ślizgi po trawersach (pierwszy raz w Trolku użyliśmy wyciągarki) i zabielone dalekie pejzaże, niemalże harasymowiczowskie. Na koniec czekała nas niespodzianka 😉 Dzieciaki lepiły bałwana, a my mieliśmy okazję postrzelać. Ja, pierwszy raz w życiu miałam w ręku Kałasznikowa i Beretę, że o strzelaniu nie wspomnę. Było chyba nieźle, bo oka nie podbiłam, szczęki nie złamałam, barku nie wybiłam a w tarczę dość celnie strzelałam. Przysposobienie obronne wieku dojrzałego zaliczone 😉 Mam nadzieję, że nie będę musiała testować w realu, bo ostrzegam oko mam celne a ręka nie drga 😉 A takie rzeczy tylko z podroze4x4

 

 

 

Opowieść 2. Wiejski Offroad bez trzymanki

Błota było po kokardki. Pierwszego dnia straciliśmy, tym razem wLandrynce (LD1), amortyzator skrętu łamiąc przednią osłoną grubą krę, a zatem początek był destrukcyjny dla auta, skutkiem czego, pierwszy raz jadąc w dół używaliśmy wyciągarki. Oczywiście loża szyderców czekająca na przeciwległym wzniesieniu pokładała się ze śmiechu i zachodziła w głowę co się takiego mogło stać. Zjazd był przecież prosty, tyle że przed przełęczą trzeba było ostro zawinąć w prawo!!!!  A tu spadek i maź pod kołami nie dały popisać się wstecznemu a drążki rzęziły metalicznym dźwiękiem nie dając się nakłonić do uległości, trzeba było zapiąć linę i się pociągnąć, żeby wspomóc skręt. 😉

Niezapomniany był też nocny odcinek. Pierwszy raz udało mi się zaliczyć prawdziwą maseczkę na całą twarz, glinka bieszczadzka prosto spod kół.   Natomiast Landrynka mimo kontuzji musiała jeszcze przetestować swoją pojemność wnętrza, tyle że przed każdą większą dziurą najpierw wytaczała się z niej zawartość. W innym przypadku stawała się lekko otłuszczoną prima baleriną i zakopywała się w każdym lagrze. 

Piotrek natomiast miał niepowtarzalną okazję zaliczyć przejażdżkę górskim offroadem w traktorze 4×4…… Niezapomniane. A takie rzeczy tylko w grupie znajomych 😉

Opowieść 3. Wigilijnie, nastrojowo i zawodowo…

Nowy teren do sprawdzenia zaoferował nowy (jak dla nas ) organizator – Beskidzkie4x4. Tam nas jeszcze nie było na wycieczce. Mieliśmy też nadzieję na nowe znajomości a tu… poza paroma nowymi osobami same znajomki. 😉 Bywa, ale ekipa była przednia. Dzieciakom i nam się bardzo podobało, błota może nie za dużo, ale za to widoki na Beskid Żywiecki i Makowski – rewelacyjne. Pomijając już, że w połowie grudnia chodziliśmy w koszulkach i uczestniczyliśmy w pierwszym rajdzie. Niestety Landrynka na M/T nie ma szans z patrolami i jeepem na simexach 😉 Walka była i do mety dojechaliśmy samodzielnie 😉  Zarówno Teodor skacząc na harnasiowym tarasie jak Zosia przekrzykując się wzajemnie dopingowali nas krzycząc – Szybciej, szybciej, dajesz, dajesz  -.  Chłopakowi brakowało tylko pilota z antenką, żeby nami pokierować, wtedy byłby w pełni usatysfakcjonowany.

Opowieść 4. Sylwestrowe fajerwerki

Co tu dużo mówić. Wyborowe towarzystwo, chociaż z gorszego sortu, to i Sylwester musiał być udany. Trochę jazdy po zmrożonych kałużach, tańczące i kurzące białym pyłem drogi i bączki na lodzie…… Oczywiście nie obyło się bez lodowych czap pokrywających szczelnie podwozia przy -15 i dwugodzinnego odpalania, prawie wszystkich,  Stalowych Jeźdźców Mocy, ale taki mamy klimat.

Przełom roku 2015/2106 spędziliśmy, od bardzo wielu lat, poza Warszawą (wreszcie) i z tańcami do białego rana, a prawdziwa zabawa rozpoczęła się dopiero, gdy DJ Zosia przejęła stery. Wszyscy ją długo wspominali i dopiero jej miksy rozkręciły imprezę. Kto nie widział niech żałuje, a kto z nami nie tańczył na stole może za rok spróbuje.

I trochę mniej refleksyjnie a bardziej rzeczowo, bo są tacy co się dopominają, czyli miejsca i ich ranking

Miejsce 1. Komańcza, „Pod Kominkiem”.

Bywa różnie, duży budynek, czasami niedogrzany na holu i salach biesiadnych, zwłaszcza w chłodne jesienno-zimowe dni, ale pokoje ciepłe z łazienką i gorącą wodą w kranie. Łóżka najwygodniejsze dla dzieciaków na zielonych szkołach, a dla dorosłych dopiero po duuuuuużym spożyciu %, bo sztachety włażą w plecy i trudno się wyspać.  Jedzenie się zdecydowanie poprawiło. Porcje solidne i przygotowywane przez gospodarza, ale bez wyszukanej kuchni regionalnej. Specjał: poranna jajecznica Maksa – rewelacja. Obsługa miła i uczynna. Kawa i herbata dostępna przez cały czas. Sala z kominkiem do biesiadowania po oficjalnej części, niezamykana. Można siedzieć do białego rana i sącząc własne drinki podziwiać galerię Młodej Polskiej Sztuki zdobiącą ściany. Duży plac do parkowania ubłoconych czy zmrożonych samochodów.

Przyjaciołom polecam, wrogom odradzam.  

Miejsce 2. Marcówka, „Bacówka u Harnasia”.Budynki góralska ręczna robota, dopracowana w każdym calu, nie zakopiański czy witkiewiczowski styl. Drewno, kamień, skóry, szkło razem tworzące wspaniałe doznania estetyczne i niepowtarzalny klimat. Gdyby się do tego dorwał jakiś wylansowany architekt i „zastylizował” na „rustykalizm” prawdopodobnie wyszedłby z tego kicz. Jednak klimat i pomieszczenia Bacówek są dopieszczone w każdym detalu. Można godzinami wpatrywać się w powałę, konstrukcję schodów, wystające kamienie ze ścian, obrusy i naczynia.  A z tarasu rozpościera się oczarowujący widok na panoramę Beskidu Makowskiego i Żywieckiego. Brawo! A na tym nie koniec. Jedzenie rzeczywiście wyśmienite. Mocno domowe, regionalne, absolutnie wszystko świeże, własnoręcznie robione przez gaździnę, od wędlin poczynając, po sery, miody a na potrawach wigilijnych kończąc. Kawa i herbata dostępna przez cały czas.

Pokoje malutkie, łóżka – można narzekać, ale woda gorąca, w kominkach stale dokładane, i…. Co najważniejsze sala na „afterki” dostępna całą dobę. Jedynie, czego można by się doczepić, to że nie ma kominka, ale… jest to już czepialstwo. 

Właściciel, przesympatyczny gawędziarz, przebrany za Harnasia z wszystkimi jego atrybutami przypowieści opowie i do stołu po pracy się dosiądzie, i strzemiennym nie pogardzi. Miejsca na auta niedużo, ale da się zaparkować. Cena jest adekwatna do jakości.

Przyjaciołom zdecydowanie polecam, wrogom gorąco odradzam.

Miejsce 3. Czarna Górna, Gospodarstwo Agroturystyczne „Niedźwiedzia Górka”,Ula, właścicielka, powitała nas ciepłym słowem i ciepłym kubkiem kawy lub herbaty. Dom na wzniesieniu, ładny drewniany, dobrze wyposażony. Ciepło, schludnie i ….. bardzo klimatycznie. Musicie to zobaczyć. Duża kuchnia z wielkim drewnianym stołem zachęcała do długiego biesiadowania i gawędzenia. Rano przepyszne domowe śniadanie, a na wieczór zakąska od trunków rozgrzewających – ser, kiełbasa i smalczyk własnego wyrobu.

Pokoje z łazienkami od dużych, rodzinnych po, maleńkie, rzecz by, o pojemności namiotowej kanciapki. Woda ciepła w kranie i pod prysznicem. Cena, wyjątkowo niska jak na te warunki i klimat.

Przyjaciołom zdecydowanie polecam, wrogom gorąco odradzam.

Miejsce 4. Wysowa, Hotel *** „Gościnna Chata” Chata rzeczywiście jest, niczego sobie, ale Gościnna to ona może była w czasach kiedy jej jeszcze nie znałam. Trzy gwiazdki w „herbie” są chyba od Michelina za regionalne smaki!  Tylko ja mam jakąś starszą wersję przewodnika, bo nie mogłam znaleźć w nim tego adresu.

Po prawdzie przyznać trzeba, że wyszynk cud miód, sponsorowany przez Stoperan. Porcje są iście degustacyjne a jedzenie prima sort z mrożonek i gotowców. Kelnerzy, mimo szwedzkiego stołu, bardzo pilnują i zwracają szczególną uwagę, żeby klienci nie wzięli sobie więcej niż jednego „sztywnego od soli” kotleta i nadprogramowej dokładki ziemniaków. Z jednej strony wystraszeni, przemykają po cichutku, zręcznie uwijają się w przestawianiu talerzy z „nadmiarowym” jedzeniem na drugi koniec stołu, ale z drugiej pyskaci i wygadani jak trza klienta pouczyć. Czas oczekiwania na posiłek również godziennajwyższej klasy restauracji, 45 minut na barszczyk z kartoniku śmierdzący octem. Drogocenne potrawy są tu tak unikalne, że jak się odejdzie od stołu (w trakcie sylwestra), to porcja kolejnego dania trafia tylko do najwytrwalszych siedzących. Przecież i tak nikt nie zauważy, wszyscy piją, a jak nie…. Coż można trafić na taką żmiję jak ja i…. masz Chato orzech do zgryzienia.

Nie byłabym może taksarkastyczna w ocenie gdyby nieceny za usługi, które iście przystają do gwiazdek, ale już nie do rzeczywistości. Dobrze że jeszcze przez większość pobytu, z sylwestrem włącznie, mogłam się uraczyć wyłącznie lodowatym prysznicem, bo mnie to ocuciło i recenzja nie jest zbyt negatywna.

Lokalsi mówią, ze kiedyś było tu naprawdę wyśmienite, regionalne jedzenie, hotel najlepszy pod każdym względem, a atmosfera przyjazna i ciepła. I tylko dlatego tam trafiliśmy. Cóż, ale przyszedł czas na dobrą zmianę i widać wiatr zmian i tam dał już we znaki.

Przyjaciołom zdecydowanie odradzam, wrogom gorąco polecam 😉