Podhalańskie incognito

Operacje pod kryptonimem: zamiana przeprawówki przedłużała się niemiłosiernie w czasie, po drodze jeszcze infekcje wszelakie efektem czego kolejne tygodnie nie ruszyliśmy się z Warszawy i nieco wszyscy odczuwalismy braki w byciu on the road i deficyty wytrzęsienia w aucie. Jednym słowem wszystkich nas nosiło…..

Taszczyć się samemu, czy dać szansę nowym organizatorom? Oto jest pytanie.  Na offroad w górach lepiej jeździć z organizatorem tak żeby było legalnie i bez niespodzianek czy nieprzewidzianych opłat. (A prawdę pisząc tylko po pagórkach jest moc i adrenalina). Cóż organizatorzy tego rodzaju wypoczynku pojawiają się teraz jak grzyby po deszczu, każdy chce dzielić się pasją lub zarabiać na życie. Ok, ale… wszystko trzeba z głową i bezpiecznie, zwłaszcza dla uczestników.  Jak wieść po środowisku i necie niesie, nie każdy może być organizatorem. Zdarza się, że od takich wyjazdów zaczynają żółtodzioby i świeżynki (tak jak my kiedyś), zatem przekazywanie dobrych praktyk zarówno poruszania się jak i wzajemnej pomocy, jest wysoce wskazane, bo kształtuje postawy na przyszłość.

[TIP1] Dobrego organizatora poznasz po tym, że zarówno trasa będzie ciekawa, nikt się „w lusterku” nie zgubi, jak i nie spotkają cię dodatkowe atrakcje w postaci mandatu za wjazd na tereny niedozwolone. Porządna organizacja polega między innymi na tym by takich przygód uniknąć podczas wyjazdu.

Nie pozostało nam nic innego jak rozpocząć ogłoszeniowy research. Warunki były dwa: ciekawy kierunek i…. jak by tu powiedzieć, lekka trasa. Zdziwicie się pewnie, cóż ostała się na stanie (chwilowo) tylko wyprawówka, bo Ladryna wystawiona do sprzedaży, co jest równoznaczne z jej nietykalnością, a Trolka żal pakować na ciężki offroad.

Uwagę przyciągnęły: Harnasie na Wypasie. 😉 W końcu nadarzyła się okazja powrotu w wysokogórskie klimaty i to w formie gwarantującej brak tłoku oraz a do tego zachęcający opis, że lekka trasa z pięknymi widokami, wsam raz na ten raz. Nowe kierunki kuszą, bo roztopy za oknem, ani to pora na narty, ani na marsze z plecakami. 😉  Szybka decyzja i już się zapisaliśmy.

Znamy nieco uczestników takich imprez i ciężko nie trafić na znajomego, niemniej tym razem się udało. 100% ekipy było dla nas nieznana. 😉 Mogliśmy się pobawić w incognito, bo Trolek też nieobklejony wyprawowymi naklejkami. Hi, hi fajnie tak….  Zwłaszcza, że autko wyglądało „ubogo” na tle pozostałych i do tego na AT 😉

Liczyliśmy na piękne widoki, których nie było. Niestety pogoda w marcu jest kapryśna i piękne panoramy musieliśmy podziwiać w wyobraźni, przekuwając słowa przewodnika na pejzaże malowane w głowie.  Zawsze okazaj, żeby artystyczną nutę duszy poćwiczyć.

Zosia i Teodor mieli frajdę z otrzymanego słowniczka gwary podhalańskiej. Ulubione słowo Tośka –źić czyli pupa. W sumie mogłam się tego spodziewać, w pamięć zapadły zwłaszcza te wyrazy z pogranicza obyczajności 😉 Wieczorem zaś brylowali nie tylko nowopoznanym słownictwem, ale też umiejętnościami skoków do basenu. Nowością okazała się drewniana bania, ale od razu z komentarzem: A gdzie przerębel z lodem i dlaczego to nie czan!!! Ach te dzieci, nie dogodzisz 😉 zwłaszcza takim doświadczonym podróżnikom jak ta para.

Trasa rzeczywiście była widokowo-lekka z finezyjnie błotnistą podbudową. Piotrek ciągle narzekał, że mało adrenalinki i łatwo.

Ekipa organizatorów, co tu dużo pisać, świetna i na pewno z nimi wrócimy. Widać, że bardzo się przygotowują i przejmują, może nawet za bardzo….ale z czasem wyrobi się i bieg wrzuć_luz_po_terenie. 😉

Z czystym sumieniem mogę polecić oprócz sprawdzonych i niezwodnych weteranów, czyli podróże4x4, przygody4x4 i beskidzkie4x4 kolejnego dobrze zapowiadającego się bezGranic4x4.