Ukraińskie błotne powroty

Wyczyny Landryny dobiegły końca, przeszła do historii naszych opowieści, co opisywałam w poprzednich postach. Nowy nabytek w stajni Zapiski z drogi Team, czyli Patrol Y60, całkowicie odnowiony, dopiero szykował się w salonie, pytanie tylko czy auto będzie gotowe na czas, czy nie zawiedzie w terenie i wreszcie czy spełni nasze oczekiwania? Gnomek, bo tak pieszczotliwie ochrzciła go Zosia,  czekał już na nas oślepiając białą białością lakieru i czarując czernią felg, opon i zderzaków. Mogliśmy przepakować się i ruszać dalej ku błotnej przygodzie.

Zazwyczaj na ciężkie zmagania offroadowe, tzw. przeprawówki, nie zabieraliśmy dzieci, znajdując miliony usprawiedliwień i wymówek czemu tego nie robimy. Cóż tym razem, przyszła kryska na Matyska, jak głosi przysłowie, i Zosi w końcu udało się nas przekonać. Ta już nie taka mała młoda dama, która piszczała nawet na lekkich trawersach, dzisiaj ruszała z nami na Ukrainę w błoto po pachy, z uśmiechem na ustach i rumieńcami na policzkach, pełna emocji. Ta młoda dama, która nie wygląda na fankę motoryzacji, dzisiaj zawstydza kolegów bezbłędnie i od niechcenia, rozpoznając wszystkie marki samochodów terenowych mijanych po drodze z lub do szkoły. A po Warszawie trochę tego jeździ…..

Świt obudził nas wczesną porą a panorama z okna i tarasu widokowego zachwyciła swoim urokiem. Nocleg w Bezmiechowej, na szczycie góry z przepięknym widokiem na Bieszczady nastroił nas pozytywnie od samego rana. Zapowiadał się ciepły, słoneczny dzień, który jednak miał się zakończyć całkiem odmiennie.

Orka, rzeź, znój, mordęga, katorga tak można podsumować pierwszy dzień ukraińskiej wyprawy. Piękne słońce stopniowo zamieniło się w strugi deszczu, ulewa szybko rozmoczyła i tak już podmokłe, gliniaste podłoże, słońce zaszło za horyzont i…….. nawet najstarsi górale z Gorlic nie pamiętali takiej walki. Offroadowy Grunwald, gdzie połączone siły Toyot, Nissanów, Jeepów pod wodzą kniazia Mariana IOffroadera, walczyły felga w felgę z Mocarstwem Nieokiełznanej Natury: błotnistym podłożem, gliniastymi wsysającymi dziurami, lagrami pełnymi oblepiającej wszystko szczelnie mazi. Ostatnie 600 metrów pokonywaliśmy ponad dwie godziny. Istny chrzest dla wytrwałości załóg, sprzętu i braterstwa. Wracaliśmy zmęczeni, padnięci i umorusani od stóp po czubki głów. Wracaliśmy siedząc w Stalowych Wojownikach Mocy o tej samej szaro-brunatnej zbroi na wierzchu, z głodnymi brzuchami i upaćkanymi tapicerkami, ale zaraz zaraz, przecież właśnie po to tutaj wszyscy przyjechaliśmy, czyż nie?! Im większe zmagania w terenie tym lepszy afterek, zasada od której nie ma wyjątków, w przeciwieństwie do polskiej gramatyki i ortografii. 

Kolejny dzień przyniósł kolejne wyzwania. Niczym były latające opony, zerwane paski i wyciągarki, dziurawe koła, przegrzewające się chłodnice w obliczu powalonych drzew zagradzających drogi czy dwumetrowych zasp śnieżnych. 

Wytrwałość i hard ducha niektórych uczestników był pełen podziwu, ale gwar afterków i kąpiel w czanach wynagradzała wysiłek.

 Zresztą co tu pisać było jak zwykle nieziemsko ciekawie…..