4×4 po krainie ropy

Długo w domu posiedzieć się nie da, zwłaszcza, że pogoda za oknem zachęca do opuszczenia wielkomiejsciej dżungli, na rzecz bardziej zbliżonych do pierwotnych korzeni, warunków otoczenia.

Dawno temu, kiedy jeszcze piechotą się chciało, zawitałam w okolice Pogórza Strzyżowskiego, teraz po latach, wróciłam tu w innej odsłonie. Zmieniłam się ja, zmienił się sposób podróżowania, ale też zmieniło się otoczenie i tym razem pozytywnie. Kiedyś widziałam porzucone szyby naftowe, pozostałości czegoś-co-miało-dawno-swoją-świetność, włóczyłam się z plecakiem i namiotem po bukowych leśnych ścieżkach. Gdzieś była stara brukowana droga, prowadząca donikąd, a jej pierwotne przeznaczenie dawno było zapomniane. W lesie czuło się powiew nieznanego, wiatr szumiał w liściach a niesamowite wysokie, strzeliste drzewa z bardzo ciemną korą i liściasta koroną, dawały klimat grozy.  Teraz pozostał ponadczasowy klimat przyrody, szyby naftowe stare też, ale… czuje się że to wszystko ma swój cel, ze strzepnięto z tego pył beznadziei.

Nowe trasy, pomimo raczej bezdeszczowej pogody, okazały się nieco błotne, ku wielkiej uciesze Teodora. On bardzo lubi taplać się w błotku na postojach. Jak się nie zakopiemy, jest nudno. Cóż, białym Gnomem, ciężko się zakopać, ale pozostali…. I tu zaczynała się zabawa, zwłaszcza dla Teosia.

Dziewięć maszyn gnało przez leśne ostępy,  błotniste podjazdy, prześlizgiwało się pomiędzy nieczynnymi szybami naftowymi. Słońce zaś rozgrzewało swoimi ostatnimi promieniami lata. Babie lato w pełni dało się nam poznać. Był to na pewno udany wypadzik. 

Tym razem mogliśmy nie tylko pojeździć w błotku po nowych, ciekawych trasach, ale też nieco pozwiedzać.

Był zamek w Odrzykoniu, była winnica zamkowa i polskie wina z wyższej półki, ale była też piesza wycieczka po skałkach o łódzko brzmiącej nazwie – Śpiące Prządki.

Nocleg w agroturystyce przyniósł też niespodziewane nagrody rzeczowe. Teodor z Zosią wygrali w loterii kubkowej, a później wizytówkowej lokalne, domowe wyroby: słoik miodu ze spadzi iglastej, woreczek suszonych tamtejszych podgrzybków (w sam raz na świąteczne pierogi) i słoiczek domowej roboty ketchupu. Bilans zadowalający, zważywszy, że uczestników było ok. 20, a my „zgarnęliśmy 80%” nagród. Cóż, ale tak bywa….

W tej okolicy, pamiętam z życia nastolatki jak mnie urzekło, znajduje się też skansen – Muzeum Przemysłu Naftowego i Gazowego w Bóbce. Niestety nie mieliśmy okazji zwiedzić, ale…. Na pewno jest to dobry powód, żeby tu wrócić, a na razie pozostaje nam spacer wirtualny: http://bobrka.wkraj.pl/ . Zarówno Zosia jak i Teodor zafascynowali się starym polskim dorobkiem przemysłowym i chą tam wrócić „na żywo”.