Rumuńskie, listopadowe powroty

Jesień jest zawsze rajem dla zakręconych offroaderów. Sporo deszczu, czasem śnieg a co za tym idzie trudne warunki terenowe.  Zazwyczaj łatwo wtedy o dużo błotnistej mazi pod kołami, niekiedy pomieszanej z lodem czy śniegiem. Nie ma chyba lepszych warunków do sprawdzianu własnych umiejętności czytechnicznych rozwiązań zaimplementowanych do Stalowych Wojowników, aniżeli późnojesienne wypady. Dodatkowym plusem jest niesamowite światło do robienia zdjęć.  Zwłaszcza wtedy, gdy uda się złapać promienie słoneczne w kadr. Z takiego pomieszania artyzmu „filtrów” fotograficznych natury I zmagań w górskim terenie, wychodzą cudowne wspomnienia zaklęte na „kliszy” już po wsze czasy.

Do tej pory myślałam, że to Ukraina, zwana mekka offroadu, jest predefiniowana do takich krótkich wojaży, ale myliłam się. Anno Domini 2016 poniosło nas dalej, w unijne rumuńskie Karpaty, na prawdziwe poplątane, górskie ścieżki Maramuresz.  Ze zdziwieniem stwierdziłam, że jest tam więcej możliwości i zdecydowanie przyjaźniejsi mieszkańcy aniżeli na Ukrainie plus nie czeka się w korkach na granicy 😉

#błoto

Mała zgrabna ekipa Wojowników Mocy ma tą niewątpliwą zaletę ze wjedzie wszędzie i zanocuje tez praktycznie w każdej dziurze i/lub hotel-liku (sic!). Mała ekipa zna też solidnie, swoje umiejętności i wie gdzie się uda, a gdzie będzie się dłużej bawiła. Odkrywanie nowych traków staje się wtedy zdecydowanie bardziej atrakcyjne i fascynujące. Górka, taka niby sobie, trawers: też taki spokojny, a…. okazuje się dużo zabawy, nawet groźnie chwilami, ale ostatecznie wszyscy bezpiecznie przejeżdżają. Niezadowolony był tylko rumuński celnik, który gnał na złamanie karku, ale się okazało, że my to „Pologne” a nie ukraińska kontrabanda 😉  Cóż za pech. Błota było ci dostatek. Freestyle po dolinach i stokach, oprószone szadzią zbocza i drzewostany a w dole….. przepychanie błotka kołami i zderzakiem. Podsumowując mieliśmy niezłą jazdę bez trzymanki…

#smaki Rumunii

Wyprawa jesienna pozwoliła mi również na inne doznania smakowe. Jakoś tak się złożyło, że nasz radar do dobrych lokali i tutaj nas nie zawiódł. Zarówno pieczony pstrąg w hoteliku in-the-middle-of-cross-road-in-the-mouintain okraszony palinką, przyrządzany przez starszego właściciela, jak i przepyszna gruszka w sosie-miodowym, w najlepszej restauracji z muzyką na żywo w Baja Mare, zmienił moje postrzeganie tego kraju. Śniadania z jajecznico-omletem czy nawet przekładaniec z polenty ze śmietaną i serem, znany tutaj jako lokalny specjał, smakowały zjawiskowo. Pod względem kulinarnym było wyjątkowo.

Tym oto sposobem Rumuńskie Karpaty zachęciły mnie do powrotu, ale kiedy…. Zobaczymy, grafik robi się napięty a dużo jeszcze przed nami niezmierzonych szlaków.

A na koniec mogę powiedzieć słowami Georga Lorda Byrona, że takie klimaty to moja świątynia nad świątyniami, a jak to on ładnie ujął w swoim wierszu modlitwa do przyrody:

„…Niech Cię świętoszek czci obiatą,

Niechaj wzniecają stos przesądy,

Niech nas kapłani zwodzą na to,

By mroczne swe utrwalić rządy.

 

Chcąc zawrzeć Twórcy moc w ciasnotę

Gotyckich murów – próżno roim;

Świątynią Twoją słońce złote,

Ziemia i niebo domem Twoim….”