Organizacyjnie: Z dziećmi bez auta4x4

Krótkie dwu, trzydniowe wyjazdy bez auta terenowego, ale z dziećmi już nam się właściwie nie zdarzają, niemniej w zamierzchłej erze Przed, były na porządku prawie każdego weekendu. Trochę tych doświadczeń się zebrało.

Jak łódkę (pewnie to wpływ miasta rodzinnego 🙂 nosiło nas od brzegu do brzegu i porywało z nurtem odkąd pamiętam. Usiedzieć na miejscu było ciężko. Z maleńką Zosią szybko ruszyliśmy na włóczęgi. Zosia obeznana z fotelikiem podróżnym od maleńkiego, zatem Teodor nie miał wyjścia i podążał za przykładem starszej siostry.  

Bagaż: droga eliminacji zbędnych manatków.

Oj, to było wyzwanie. Spakować się w jedną torbę, praktycznie niemożliwe, przynajmniej za pierwszym razem. Jedna torba na ubranka Zosi, druga torba na akcesoria, chociaż i tej było mało: nocnik, pampersy, przenośny fotelik do jedzenia, podkładki do przewijania, łóżeczko turystyczne, wózek i/lub nosidełko, kaszki, zupki, smoczki….. wymieniać by dużo….

Pierwsze wyjazdy = nasze Renaul Megane Kombi było wypełnione po brzegi, trzeszczało w szwach.  Przyznaję, przy Teosiu już było zdecydowanie łatwiej. Kombi tym razem w wydaniu Forda Mondeo miało dużo przestrzeni, nie tylko z uwagi na wielkość auta, ale głównie nasze doświadczenie.

Nauczyliśmy się, że czego nie zabraliśmy zawsze można dokupić lub po prostu, było zbędne z założenia.

Nie ma moim zdaniem dobrej rady na pakowanie bagaży z dziećmi. Każdy ma inną wrażliwość i inne potrzeby. Nie łudźmy się na pierwszy, zwłaszcza krótki wyjazd, może nie starczyć bagażnika. To normalne, młodzi rodzice niech się nie przejmują. Tak ma być. Ważne tylko, aby się nie zniechęcać i.. nawet jak czegoś zapomnimy, szukać rozwiązania. Następnym razem na pewno będziemy wiedzieli, czego NIE zabierać, a bez czego obyć się jest trudno.

Noclegi: dzieci zawsze na oku.

Z dziećmi do lat 2 nie ma problemu, spały 1-2 noce w wózku lub z nami w łóżku. Później zawsze mieliśmy składane łóżeczko turystyczne. Niezastąpione zwłaszcza na dłuższe wyjazdy.

Dopóki dzieci nie osiągnęły wieku starszego (powyżej 5 lat) zawsze szukaliśmy pokoju, który pomieściłby nas wszystkich. Nowe miejsce może rodzić obawy, siać lęki i utrudniać sen, po co? O ile był to letni lub ciepły okres staraliśmy się znaleźć nocleg z tarasem lub dużym balkonem, by czmychnąć na romantyczny wieczorek z okiem na maluchy. Jakoś zawsze na wyjazdach bliskich czy dalekich, krótkich czy długich, przestrzegaliśmy zasady, że dzieci, zwłaszcza śpiące, mamy na oku. Jeżeli zdarzało nam się schodzić do lobby w hotelu to pojedynczo lub jeżeli pensjonat był mały i mieliśmy widok na jedyne wyjście z budynku. Zawsze też, w takich sytuacjach dzieci były poinformowane.  Teraz jest łatwiej, bo są „czytate i pisate” i zawsze mają komórki. Jesteśmy w stałym kontakcie. Oczywiście wpajamy im też zasadę, że obcym się nie otwiera. Trzeba przyznać, że są czujne i niejeden kelner musiał pocałować klamkę hotelową 😉 bo zapomnieliśmy uprzedzić o jego odwiedzinach. Dzieci nasze są już nastolatkami (przynajmniej połowa), ale dalej nie zapuszczamy się sami na zwiedzanie zostawiając je same w hotelu. W końcu po to jedziemy razem, żeby razem zwiedzać 😉 Za chwilę pewnie nie będą chciały już z nami podróżować.

Komunikacja: podejmij lokalne wyzwanie.

Opisywane tutaj wypady weekendowe najczęściej odbywają się do miast, dlatego korzystaliśmy i korzystamy w nich z komunikacji miejskiej. Czy łatwo? Podróżowanie samo w sobie nie jest łatwe, a pokonywanie trudności jest jego nieodzowną częścią. Wszyscy oprócz zainteresowanego pamiętają Teosia, który zasnął na stojąco w waszyngtońskim metrze. Nie szło go obudzić ;-( taki chłopina ma sen. W londyńskim z kolei utkwił w pamięci ścisk na wąskich peronach i słynne już kolejki do wejścia. Nowy York był przechodzony w szerz i wzdłuż a jak trzeba było, wspomagaliśmy się metrem czy żółtymi taksówkami.

Sewillę zwiedzaliśmy piechotą. Miasto może i jest duże, ale najciekawsze miejsca w na starówce i ścisłym centrum najlepiej zwiedza się na własnych nóżkach.  Wejście w mysią dziurę jest wtedy łatwiejsze. Owszem, zwiedzanie w styczniowy weekend Wyspy Muzeów w Berlinie odbyliśmy naszym autem, ale nie było korków, a siarczysty mróz ledwo co pozwalał nam dojść do wejścia kolejnej galerii. Wiele czynników składa się na rodzaj komunikacji, jaki wybieramy, ale staramy się wtopić w tłum.