W krainie ludzi duchów

Podążanie przez pustynno-górskie tereny Maroka, gdzieś na południowy wschód, przez Atlas Wysoki i dalej w pustynne subsaharyjskie i saharyjskie rejony to mierzenie się z ludźmi-duchami. Pojawiają się znikąd i patrzą, patrzą, i czekają. Czasami są też nachalni i domagają się jakiegoś prezentu, czasami wprost pieniędzy. Czasami tylko przeszywają wzrokiem.  Czasami zagadują i oferują coś tam. Czasami są, po prostu są: nieśpieszni, zakurzeni, z ogorzałymi twarzami i ze szczerym uśmiechem poruszającym kąciki ust. Kobiety w powłóczystych, kolorowych hijabach (czyt. hidżabach), mężczyźni w długich djellabach (dżilabach), często z turbanami na głowach, a między nimi dzieci biegające wszędzie.

Maroko3-06.jpg

Mknęliśmy po zakurzonych drogach, powyżej nas strome górskie zbocza, że niejedna kózka nogi sobie połamie, a tu nagle chmara wioskowych dzieci, na złamanie karku, w plastikowych klapkach, gnała po stromiźnie. Chciały tylko zobaczyć z bliska, podejść, pomachać. Samochody w tych rejonach raczej nie są rzadkością, niemniej dzieci zachowywały się jakby nie znały właściwości tych przedmiotów, nie miały zsocjalizowanych zachowań ochronnych. Traktowały samochody, niemałe zresztą, jak transportowego osiołka. Podchodziły, czepiały się, biegły wzdłuż aut z ręką przyklejoną na karoserii, jak do sierści zwierzęcia. Zdziwiona Zosia i Teodor, europejskie mieszczuchy, na początku były mocno przestraszone. – Tato, tato, uważaj bo one wpadną pod auto – dobiegało z tylnych siedzeń.  Dzieci, znamienny widok tej podróży, a było ich naprawdę dużo na naszej drodze. Od 2-3 latków wałęsających się przy drogach, kukających zza płotów, po trochę starsze 7-8 latki opiekujące się tymi młodszymi, aż po zaradnych nastolatków. Był taki jeden. Biegł ze 2 km przy naszym aucie i pokazywał drogę przez kamienistą rzekę. Przewodnik, na koniec dostał kilka europejskich batoników. Na buzi pojawił się banan a w oczach duma!  W innym miejscu, zaś  imały się przydrożnej sprzedaży skamielin.   Czasami my zakłócaliśmy zabawę dzieci, zazwyczaj wtedy gdy droga służyła za boisko do piłki, a my właśnie musieliśmy się przecisnąć przez jego środek.

Górskie wąwozy i ciasno powciskane pomiędzy skały domki, przyklejone niemal do skał, a z nich wychylający się ludzie. Ciekawość, cecha homo sapiens nieznająca granic, jak w każdej polskiej wiosce, pokazywała swoje oblicze i tutaj. Coś się dzieje w sennym miejscu. Ktoś przeprawia się skalistym wąwozem, w którym okresowo płynie rzeka. Trzeba to odnotować w annale pamięci i snuć opowieści przez najbliższy kwartał, a może i dłużej…

Na początku nieco się bałam: inna kultura, inny kontynent, inna religia. Mit. Jeżeli jesteś miły i szanujesz człowieka tym samym Ci odpłacą.  A pustynia czy górskie pustkowia wcale nie są wyludnione. Zawsze gdzieś mignie człowiek. Ten już blisko algierskiej granicy, jest nawet najbardziej przyjacielski, zawsze pozdrowi, uśmiechnie się, pomacha. W końcu nie wiadomo kiedy i od kogo będzie się potrzebowało pomocy. Pierwotne prawo natury ujawnia się w trudnych warunkach geograficznych z prawdziwą siłą.

Internety grzmią o zdjęciach ludzi, a właściwie ich nie robieniu lub nawet zagrożeniu jakie ich zrobienie może wywołać. Hmm. Obiektyw wycelowany w człowieka może czasem się okazać pomocny. Natychmiast odpędza natręta 😉 A jeżeli naprawdę chcesz zrobić zdjęcie to lepiej nie z ukrycia, ale otwarcie. Pokazać aparat i na migi się porozumieć. Portretu nie zrobisz, ale może otoczenie… a dla fotografa niezmiernie ciekawe. Czasami pozawalają zrobić zdjęcie. Czasami nie, ale gdy schowasz aparat możesz przejść spokojnie i… widać w oczach tubylców, że nic ci nie grozi nawet na zaludnionym suku gdzieś na głębokim bezludziu, gdzie inne nacje nie docierają. Spytacie dlaczego?  Proste, uszanowałeś ich kulturę i tradycję więc oni szanują Ciebie. 

Maroko3-16.jpg

Ludzie duchy, których mijaliśmy byli wszędzie, mieszkali nie tylko w lepiankach, namiotach-z-byle-czego czy domach z kamienia, ale też w zaadoptowanych jaskiniach. Praktycznie w każdym niemal bezludnym zakątku Maroko istniała niemal 100% szansa, że pojawi się znienacka ludzka postać.

Ludzie, których mijaliśmy czasami pojawiali się, ponieważ wiedli zwykły tryb życia a to my byliśmy intruzami na ich drodze. To my zakłócaliśmy ich rytm dnia. Tak było, kiedy spotkaliśmy na drodze- skrócie, pustkowiu między wąwozem Todra a Dades, prawdziwą karawanę. Wielopokoleniową rodzinkę, z wózkami dla najmłodszych na garbie wielbłąda, kurnikiem na grzbiecie osiołka i całym dobytkiem wiezionym na pozostałych czteronogach. Widok niezapomniany.    

Podobna sytuacja miała miejsce na lokalnym suku, gdzieś w absolutnie dalekiej od turystów górskiej wiosce; z dala od zgiełku miasta, ale… z mega lokalnym klimatem, staliśmy się niechcący-chcący, uczestnikami lokalnego targu.  A poniekąd dzięki temu, że tubylcy złapali właśnie złodzieja, który przykuł ich całą uwagę, mogliśmy się przecisnąć naszymi Stalowymi Rumakami nie wzbudzając nadmiernego zainteresowania i nawet nakręcić film (już wkrótce, zamieścimy).

[TIP] kamerki samochodowe typu Go pro nie wzbudzają podejrzeń i jak się nie uda aparatem można spokojnie filmować, nie wzbudzają zainteresowania, zwłaszcza jeżeli ma się jeszcze tablet z nawigacją obok 😉   

Trzeba jednak przyznać, że oni też potrafią uszanować prywatność. Bardzo dużo spaliśmy na dziko, na pustyniach, w wąwozach, ale nigdy się nie zdarzyło żeby nas nagabywali podczas odpoczynku, ani noclegowego, ani piknikowego. Wtedy stawali się obecni, ale niewidoczni.

Maroko3-07.jpg

Oczywiście zupełnie zmieniało się otoczenie społeczne i jego zachowanie w bardziej turystycznych rejonach tych polecanych w przewodnikach jako must see. Im bliżej cepelii, jak to zwykł mawiać jeden z naszych towarzyszy podróży, tym zachowanie Marokańczyków było bardziej europejskie: nachalne i komercyjne.  Ale o cepelii będzie już w innym zapisku.