Po prostu GBAO

Tadżykistan, kraj wolności po zniewoleniu. Kraj zmieniony przez Sowieckij Sojuz, ale obecnie kraj pasterzy, owiec, kóz, wielbłądów, krów i koni wolno-biegających.

Jest niesamowicie magiczny ze swoimi przepięknymi rozległymi, wysokogórskimi krajobrazami. Prawdziwie dziko, srogo, niedostępnie, ale jednocześnie poczuć tam można pierwotną wolność człowieka. Wolność powiązaną z walką o przetrwanie, o codzienny byt, w zmaganiach z ciągle rządzącą się własnymi prawami naturą.

Rzadko to robię, ale ten kraj skłania mnie do opisu dzień po dniu, krok po kroku. Tutaj nie da się robić uogólnień, jest inaczej. Przyznaję, jadąc tam zastanawiałam się czy jeszcze cokolwiek będzie mnie w stanie zaskoczyć, tyle miejsc wysokogórskich już widziałam, kraje post też już zobaczyłam, ale jednak. Góry, piasek, wodospad, przepaści, rozległe pustkowia przecież to już było, a jednak……

Tadżykistan, a konkretnie GBAO – Gorno-Badahszanskaja Awtonomnaja Oblasti (rus. Горно-Бадахшанская автономная область) sprawił, że inaczej patrzę na świat, że nie ma już dla mnie rzeczy niemożliwych, że znaczenia słowa czas, przemijanie, trudność ma już inną definicję. Te wakacje mnie zmieniły, chyba na zawsze i nieodwracalnie. Moje postrzeganie ludzi i ich problemów, a przede wszystkim względności pojęć, którymi operowałam na co dzień w europejskim świecie. Redefiniowałam swoje podejście do życia.

IMG_4771

Zaczęło się od problemów z oponami 😉 między Osh a Stary Tash rozwaliła nam się kolejny raz opona, a druga przednia nieco gubiła powietrze. Cóż, jest jeszcze ostatnia miejscowość za jakieś 60 km, pewnie się wulkanizatora znajdzie. Niestety nie… ruszyliśmy zatem w góry do przejścia granicznego z Tadżykistanem na przełęczy Kyzyl-Art. Kolejna większa miejscowość, w której wszelkie znaki na ziemi i w necie wskazywały, że otrzymamy serwis to Murghab w odległości ok. 200 km, po drodze z przewyższeniami do 4600 m n.p.m. Ok. Zwolna pamirskie szczyty zaczęły pokrywać gęste chmury, temperatura spadała a my jechaliśmy coraz bardziej przypominającą wspomnienie po asfalcie drogą, coraz wyżej i wyżej, z dziurawą oponą na zapasie i z przystankiem na dopompowanie przedniej prawej, co jakieś 20 km ;- ) Jest moc, Teodor z ciekawością co chwila dopytywał jakie ciśnienie chcąc uczestniczyć w rytuale pompowania, a Zosia uparcie zaczytywała się w kolejnej książce z gatunku fantasy.

IMG_5029

Chłopaki na przejściu granicznym wiali pustką tak jak i ich kanciapy. Beznamiętne twarze, ogorzałe zimnym wysokogórskim wiatrem, słońcem południa i piaskiem, czasami rozgrzewani gorzałką (ale to raczej rzadko, o dziwo). Obok stał nowo wybudowany, ocieplony, porządny budynek dla wszystkich członków korpusu granicznego, ufundowany (jak głosiła tabliczka) przez rząd Japonii, ale nasze poczciwe wojaki-graniczniaki wolały swoje kołchozowe baraki, z twardymi pryczami, kozami z dosztukowywanymi kominami z-tego-co-pod-ręką i klepiskiem zamiast podłogi. Dlaczego? pozostanie pytaniem retorycznym. Generalnie przejście graniczne jest dość osobliwym zjawiskiem architektoniczno-społecznym. Byliśmy jedyni, ale spędziliśmy tam ponad godzinę. Trzeba wypisać papierki, wpisać się w księgi wyświechtane, potem przejść procedurę odkażania spryskiwaczem i „odprawę” celną od celnika w walonkach i z pełną szufladą zielonej waluty ;-), ale przecież czas ….. jest niespieszny.

Zmrok zapadał swoim trybem, słońce skryło się za skalistymi szczytami, szarość otaczała okolicę, temperatura dobiegała 7 stopni. Zjeżdżaliśmy do najbliżej wioski czyli Karakul, po drodze jeszcze musieliśmy przekroczyć potoki na Pamir Highway oczywiście. Czymże były nasze problemy w wielkim terenowym samochodzie z dopompowywaniem opony, w obliczu pokonywania rwącego strumienia przez starego, zdezelowanego moskwicza – po prostu niczym. Pomogliśmy chłopakom przeciągnąć samochód z wody i odpalić go „na popych”. Mijaliśmy ich później po drodze, jeszcze parę razy, bo oni złapali gumę….. i widać, że to nie pierwszy raz, i że takie atrakcje są wpisane w tamtejsze wyprawy samochodowe – standard. Taki klimat. Dotarli do Karakul długo po nas…. my zaś uśmiechnęliśmy się, gdy w światłach reflektorów zobaczyliśmy koślawy napis na starej desce: „Homestay —>” , dochodziła 22.30. Ciepła herbata i ciepłe posłanie to wszystko czego było nam trzeba.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Pierwsza noc w GBAO, a rano znalazł się nawet lokalny spec od wulkanizacji 😉 Byliśmy uratowani.

rhdr